środa, 12 marca 2014

Egida

Kochani, ostatnio nasza częstotliwość pisania, trochę zanikła, ale sporo dzieje się, co ogranicza niestety nasz czas, który powinnyśmy poświęcić na pisanie tutaj.
Ostatnio usłyszałam krytykę na temat naszego bloga. Słowa zazdrości wypływały z ust, a krytyka była wręcz śmieszna. Jeżeli nie podoba Wam się to co robimy, naprawdę nie ma przymusu wchodzenia i śledzenia naszych postów. Z mojej strony tyle na ten temat ;)

Z racji środy, mam wiadomość dotyczącą mojej działalność w radiu studenckim. Ramówka naszego radia, ulega pewnej zmianie. Nie chcę mówić o tym za wiele bo stanie się to niebawem. Następstwem tego pomysłu, jest niestety skrócenie naszych 'programów'. V Kwarta znika, nad czym bardzo ubolewam bo sport jest mi bliski i zawsze z chęcią komentowałam co się w nim dzieje. Czas, który miałyśmy dotychczas na prowadzenie publicystyki, jest niemiłosiernie skrócony. Mogłabym mówić dużo na ten temat, ale po prostu dzisiaj chciałam Was zachęcić do wysłuchania naszej ostatniej odsłony V kwarty i Pasma Publicystycznego w starym (lepszym) wydaniu. Wraz z Martą będziemy ostatni raz komentować sportowe wydarzenia, a później ogólne sprawy.
Dzisiaj, 17.30-19.00. Radio Egida.
http://www.egida.us.edu.pl/

#egidasięniestetyzmienia

A dla wszystkich pięknych kobiet, najlepsze życzenia z okazji naszego święta. nagrali koledzy po fachu :)


Słonecznej środy, Mad.




środa, 5 marca 2014

Tuczące szczęście?


Jedyną wartością, która odróżnia jednego od drugiego – kluczem przenoszącym jednych w kierunku ich dążeń, gdy drudzy grzęzną w bagnie przeciętności – nie jest talent, wykształcenie lub błyskotliwość intelektualna; jest nim samodyscyplina. Z samodyscypliną wszystkie rzeczy są możliwe. Bez niej nawet najprostszy cel wydaje się nieosiągalnym marzeniem. ~ Teodor Roosevelt



  Po tegorocznej sesji, mój mózg odmawiał posłuszeństwa na zapoznawanie się z poważniejszymi tematami, skutkiem tego do moich rąk trafiły magazyny dla pań typu "Twój styl" oraz "Pani".
Mnóstwo poradników dało mi nadzieję, że po lekturze będę mądrzejsza, bardziej rozsądna i odpowiedzialna. Bullshit. Zdaję mi się, że jestem jeszcze bardziej głupsza, a już na pewno zagubiona. Powód?

  Kobiety mogą dowiedzieć się jak poprawić pożycie małżeństwie, panowie jak przeżyć kobiecy czas zwany napięciem przedmiesiączkowym, zwierzęta również znalazłyby coś dla siebie, problem w tym, że nie wiem jak z ich umiejętnością czytania.
Krążąc po wspomnianych już czasopismach, przyszłam do Was z pytaniem: CZY SZCZĘŚCIE TUCZY?
Ktoś bardzo mądry (a nie byłam to ja) zadał pytanie czytelniczkom: czy partner wspiera cię podczas odchudzania? Połowa respondentek zgodnie odpowiedziała: Nie, wręcz przeciwnie! Przed moimi oczami ukazały się kobiety dręczone przez swoich partnerów parówkami, czekoladkami, hamburgerami, piwem i ciastami...
  To one biedne ćwiczą w rytm głosy Chodakowskiej, a partner wyleguje się na kanapie z czterema paczkami ulubionych chipsów! Panie zgodnie stwierdziły, że miłość wręcz utuczyła je, pojawiło się sadełko, ale nie zniknął uśmiech z twarzy. Rozumiem, że miłość nie zmusza nas do zmiany, akceptowane przez partnera takimi jakimi jesteśmy dajemy upust wyobraźni i... silnej woli. Pojawia się pytanie: dla kogo zmieniamy tryb życia? Dla koleżanki, dla nowego ubrania, dla mężczyzny, dla mody? Jeśli nie będziemy czegoś robić zgodnie z naszym ja, to wcześniej czy później siądziemy obok swojego lubego tudzież sama z paczką ulubionych chipsów i nutellą.

  Miłość sprzyja podjadaniu? Bo wybieramy się wspólnie do restauracji czy kina? A gdzie w tym wszystkim asertywność? Przecież będąc z partnerem możemy słodko patrzeć w jego oczka jak zjada kolejną frytkę, a same raczyć się cudownym smakiem sałatki greckiej czy chudej rybki. Można? Wszystko jeśli tylko tego mocno pragniemy.

  Nie oczekujmy, że nasza druga połówka zmieni dla nas swoje nawyki żywieniowe i popędzi z nami na pilates. Popieram, gdy wpierają, gdy nie kuszą słodkościami. Gdy zamiast siedmiu gałek lodów, zaproszą na wyciskany sok marchewkowy czy koktajl owocowy. Popieram, gdy po obfitej uczcie, wybiorą się z nami na przejażdżkę rowerową czy romantyczny spacer. Popieram, gdy będą cierpliwie słuchać o nowych dietach cud czy suplementach. Ale nie popieram, jeśli kobieta będąc wolna stara się dbać o linie wylewając siódme poty, a gdy tylko pojawi się ten wymarzony na białym koniu rzuca wszystkie swoje nawyki, cele i wartości i pędzi w prost bramy McDonald.
  Przede wszystkim, wszystko co robimy w życiu, róbmy dla siebie i nie dajmy sobie wmówić, że szczęście tuczy. Tuczy nasze niezdrowe podejście.
Bądźmy dla siebie jak najlepsze i nie obwiniajmy partnera za tą kolejną parówkę z nutellą... zobaczymy kto będzie świecić brzuszkiem podczas wakacji ;)


  A takie zdrowe smakołyki wykonuję w wolnych chwilach ;)
Martyna.




sobota, 1 marca 2014




American Hustle oraz Ani słowa więcej. To brzmi jak jeden tytuł: ani słowa więcej o American Hustle. Chociaż nie do końca to stwierdzenie jestem w stanie stwierdzić za prawdziwe.
O American już sam plakat sporo mówi- aż 7 nominacji do Złotych Globów, a wyreżyserował twórca 'Poradniku pozytywnego myślenia'' czyli filmu, który w swej okazałości był dobry, a w swej premierze uzyskał na pewno sporo widzów w dzień zakochanych w ubiegłym roku. Moim skromnym zdaniem w ty filmie znajduję się cała istota ludzkości. Miłość lub jej brak, pieniądze i bogactwo kontra bieda i samotność, wspaniała płeć piękna i trochę gorsza płeć przeciwna. Ilość śmiechu przewidzianego w niektórych fragmentach filmu jest zbalansowana z uczuciem niesmaku. A całość w niebanalny sposób zawiera ironię i sarkazm. Główną postacią jest Irving Rosenfeld, który przy swoim boku posiada przepiękną i silną kobietę, która twierdząc po nazwisku i wspólnej przeszłości jest jego żoną. Rosalyn, w której postać wcieliła się młoda aktorka Jennifer Lawrence, jest zdecydowanie moją ulubioną aktorką tego filmu. Kojarzona z okrzykiem "Peeta" w Igrzyskach Śmierci, gdzie grała młodą, jakże silną i twardą kobietę, która musi zmierzyć się z przeciwieństwami losu i własnymi lękami, w tym filmie pokazana jest z całkiem innej strony.


Według krytyków filmów, pokazana została jako uzależniona od alkoholu, centrum zainteresowania i lustra, kobieta przeciętna i znudzona własnych życiem. Całkowicie się z tym nie zgadzam. Zagrała kobietę, zagubioną we własnym świecie, niezwykle silną, delikatnie zepsutą, ale przy tym uwodzącą z własnymi życiowymi wartościami. Broni tego co jej własne, w tym przypadku jest to jej mąż, który zdradza ją z inną kobietą. Dla mnie słabszą osobowością w tym filmie jest właśnie ruda kobieta, Sydney Prosser, która ma wszystko i nic, a dalej nie jest zadowolona z tego co posiada. Zabiera mężczyznę innej kobiecie, po czym ma romans jeszcze z kimś innym. W tym aspekcie widać jej niezdecydowanie, co jest typowe niestety u kobiet. Nie możemy zapomnieć jeszcze o Bradley'u Cooperze, czyli filmowy Richie. Pieniądze, chęć sławy i upragnione dążenie do szczęścia. Oceniam na 4/5. Nie wszystkim się ten film spodoba, z całą pewnością. Momentami za długi, mnie jednak urzekła rola kobiet w tym filmie, z którymi poniekąd się utożsamiam.






Ani słowa więcej- ta komedia nie wymaga wielu słów. Przyjemny, miły film, dobry na chwilę relaksu. Nie wymaga od nas myślenia, jedynie obserwowania wydarzeń na ekranie, które zresztą jesteśmy w stanie przewidzieć. Kobieta po przejściach, spotyka mężczyznę z przeszłością. Ona- przyjazna i szczęśliwa, a on nie do końca doskonały. Wady zwalczane szczerością, a uczucie starannie wypracowane. 3/5













A Ty ile pączków zjadłaś/eś? Mad.




niedziela, 23 lutego 2014

Dzień, który zatrząsnął światem


  Na dzisiejszą kolację z uśmiechem serwuję  Wam "Pompeje" w reżyserii Paul W.S. Anderson.
Do tego typu filmów na razie stopniowo przekonuję się, mam do tego swojego Pomocnika, więc myślę, że będzie to ciekawa przygoda ;)
Filmy katastroficzne nigdy nie były moją mocną stroną, jednakże tak jak film 47 Roninów (postaram się niebawem wyszeptać o nim kilka słów) tak jak i Pompeje wywarły na mnie ogromne wrażenie.
Historia Pompei nasuwa mi skojarzenia z mitycznie zalaną przez morza Atlantydą. Tutaj jednak za głównego winowajce mamy wulkan Wezuwiusz.

  79 rok, Pompeje są u samego szczytu rozkwitu, mimo powiązań z Cesarstwem Rzymskim wiodą życie autonomiczne.
Jak przystało na czasy ówczesne- jest król, królowa, księżniczką, służba. Życie wydaje się być usłane różami. Jednakże głównym bohater jest Milo, zwany przez tamtejszą ludność bydlęciem, dzikusem, niewolnikiem. Jako gladiator tylko z pozoru zasługuje na takie nazewnictwo. Jego wnętrze jest niesamowicie wrażliwie, jego serce złamane, ponieważ jako dziecko stracił całą swoją rodzinę, rodziców jak i cały swój ród. Jedyny ocalały, niezwyciężony gladiator o którym krążą plotki w całej Europie. Ludzie zastanawiają się: kim jest ten Celt? Skąd przyszedł, dokąd zmierza, o czym chce zapomnieć, jak go pokonać? W jednych wzbudza podziw swą siłą, strach przed pokonaniem. Ci z niezachwianym poczuciem wartości chcą stoczyć z nim walkę - walkę na śmierć i życie. Walki gladiatorów są igrzyskami. Grą toczącą się na oczach tysięcy ludzi, którzy bawią się, piją, kibicują swoim obywatelom, ulubieńcom. Jak każdy Wojownik świata i Milo kryje w sobie wielkie serce, którego nikt nie potrafi zauważyć na arenie. Na co dzień miłuje konie, nikt tak jak on nie potrafi zawładnąć tym stworzeniem. Milo wraz ze swoim Panem przenoszą się do Pompei, by stoczyć kolejne walki. Tam spotyka miłość swojego życia, która daje mu nadzieje na to, że ktoś również chce o niego zawalczyć, że nie jest sam na tym świecie, że miłość to walka którą warto stoczyć nie patrząc na nic innego. Motywuje go to do życia, poznaje jego smak. Miłosny wątek nie został zbyt naciągnięty tworząc melodramat. Milo do końca zostaje zamknięty w sobie, woli słuchać, aniżeli mówić. Tak poznaje współwięźnia z którym przyjdzie mu stoczyć ostatnią batalię.




  Do całej historii dołącza Senator Cesarstwa Rzymskiego, który upatrzył sobie za żonę ukochaną Celta. Ten zaś nie będzie walczył tylko o swoje życie, ale i również o istnienie swojej Cassie oraz... w imię zemsty, ponieważ ów Senator zgładził całe społeczeństwo z którego wywodzi się nasz bohater. Czy jeden Wojownik potrafi stanąć do bitwy z całym światem? Z ludźmi poradziłby sobie znakomicie, jednakże przyroda zawsze nadawała rytm naszej egzystencji, w tym przypadku również nie wystarczy siła i chęci, z demonami natury nie wygrał jeszcze nikt.
Z historycznego punktu widzenia całe Pompeje zostały zalane przez wulkaniczną lawę, archeologom udało się znaleźć 2000 ciał. Wczorajsze Pompeje, to dzisiejsze miasto w regionie kampanii we Włoszech.
Na film wybrałam się w wersji 3d i nieraz uciekałam przed belkami, czy broniłam się przed lawą ;) (Wygrałam!) Efekty imponujące, jednakże nieprzesadzone.




  Historia wywarła na mnie wrażenie i jak to bywa z moim odbiorem filmów - skupiłam się na przeżyciach wewnętrznych bohaterów. Jestem pod wrażeniem siły walki, zaakceptowanie danego stanu rzeczy, pogodzenia się z własnym losem, ale również pragnieniem zemsty, potrzebą miłości, który ma każdy z nas - nieważne jak wysoko jesteśmy (Senator) czy jak nisko upadniemy (Milo) - każdy z nas ma prawo do kochania, jednakże nie możemy mylić tego z chęcią posiadania, bo o ile Senator chciał mieć na własność piękną Cassie, o tyle Milo potrzebował jej, by żyć pełnią życia, by odczuwać radość i koloryt każdego dnia.
Motyw przyjaźni również został dobitnie zobrazowany - dwóch współwięźniów mimo świadomości, że będą musieli walczyć ze sobą o życie, zaprzyjaźniają się, ponieważ łączy ich to samo - oboje stracili swe rodziny, oboje są niesłusznymi niewolnikami, oboje pragną żyć.




  Polecam wybranie się na tego typu filmy, iż fundują nam przeżycia wizualne dzięki dobrym efektom, odczucia wewnętrzne ponieważ bohaterowie różnią się od siebie, nie są jednolici, przez co poznajemy wiele spojrzeń, charakterów jak i emocji, a do tego wszystkiego przybliżają nam historię Europy oraz problemu związanego z potęgą natury.


Martyna.




piątek, 21 lutego 2014

Inferno

   Długo przymierzałam się do podróży wgłąb włoskich zakątków,
 iż Dan Brown szykuje czytelnikowi niezwykłą, acz niebiezpieczną wycieczkę do zakamarków eurpejskich krain. Amerykański pisarz swój kunszt osiągnął ciężką pracą i jak sam wypowiedział się w jednym z wywiadów  - rok zajmuje mu czas spędzony w archiwum do przygotowania swoich dzieł, zaś kolejny rok napisanie go. Kłaniam się pełna podziwu. Jako dziecko byłam zapaloną pisarką, do dzisiaj zostało mi umiłowanie do tej sztuki, jednakże sama chęć jak widać nie wystarczy - nierzadko potrzeba kilogramów cierpliwości, a przede wszystkim wielu ton ciężkiej pracy i niemałego zaangażowania. Pozwalając sobie na krótką zadumę, przechodzę szybko i niezauważalnie do refleksji na temat "Inferno" - dotychczas ostatniej historii geniusza powieści sensacyjnych. Przed Państwem Dan Brown w całej swojej okazałości, w świetnej formie, w porywającej powieści, która pobudzi wyobraźnie najbardziej zaspałego czytelnika.


   Historia opowiada jak zawsze niebanalne zdarzenia z życia Robert Langdona, który na co dzień jest historykiem, profesorem Uniwersytetu Harvard, specjalistą w dziedzinie ikonografii. "Inferno" to kolejny bestseller zaraz po kultowym już "Kod Leonarda da Vinci" czy "Anioły i Demony", które doczekały się swej ekranizacji. W ostatniej z dotychczasowych mamy przy sobie wehikuł czasu, mianowicie cofamy się do epoki średniowiecza, gdzie w kręgach kulturowych królował niejaki Dante Alighieri.
Każdy kto miał przyjemność skończyć już szkołę średnią, pewnie doskonalę pamięta jak musieliśmy się męczyć z "Boską Komedią"? Z upływem czasu zauważam jak wiele książek w tym czasie zostaje przez nas niedocenionych, porzuconych w kąt, a tylko z powodu tego, że zostały nam narzucone przez złowrogich nauczycieli. Jak dobrze, że po latach dojrzewamy, a wraz z tym budzi się w nas wrażliwość na tego typu dzieła. Dzieła bezapelacyjnie doskonałe. "Boska Komedia" to alegoria ludzkiego życia, krytyka egzystencji ludzkości - ból, zło i śmierć, które spotykają nas na własne życzenia. Ale także oczyszczenie i pokusa, jak i na samym końcu zasłużona błogość, której symbolem jest niebo. Powieść Browna zatytułowana "Inferno" zawiera w sobie przestrogę przed ludzką bezmyślnością - ludzie na ziemi głodują, a mimo tego płodność rośnie. Ludzie nie szanują przyrody, a mimo tego wymagają coraz większej ilości surowców naturalnych. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że ich głupota wywiera wpływ na dalsze losy ludzkości i choć sami zapewne tego nie doczekamy, nasi potomkowie mogą nie dożyć lat wspaniałości, ponieważ to my jesteśmy odpowiedzialni za zatrucie świata. Robert Langdon jak zawsze w powieściach Browna zostaje uwikłany w intrygę. Ciekawe, który wykładowca chciałby mieć takie życie poza studenckie? Może wtedy mniej narzekaliby na swoich uczniów ;)



   Powieść zawiera niesamowity wachlarz sztuki. Każde z włoskich miejsc mamy idealnie zobrazowany. Podobno włoscy przewodnicy nawet organizują wycieczki śladami powieści amerykańskiego pisarza.
Robertowi towarzyszy przepiękna lekarka Sienna, która pomaga mu w ocaleniu swojego życia jak i rozwiązaniu zagadki: czego tak naprawdę wszyscy chcą od słynnego Ikonografa? Przemierzając wąskie ulice w sercu Włoch, Robert dowiaduje się, że to o co walczą w swojej gonitwie to nie tylko jego indywidualne życie, a losy całej ludzkości, bowiem pewien szalony naukowiec stworzył truciznę, by zgładzić świat. Świat przepełniony pazernością o ciągłe dobra materialne, świat ludzi nie zauważających zbliżającej się zagłady. Świat ludzi, których cechuje destrukcja. W cała sprawę również zamieszana jest Światowa Organizacja Zdrowia, której członkowie dowiedziwaszy się o zamiarach szalonego naukowca, próbują zniweczyć jego plany. Pojawia się również motyw Konsorcjum - organizacja, które w sprawny sposób pozwala wpływowym ludziom dokonywać rzeczy niemożliwych, jak i również umożliwia pozorne zniknięcie na nieokreślony czas. Potęga obu tych organizacji jest ogromna, a batalia którą miedzy sobą toczą, przeradza się w zaskakujący twór.
  Nie pisałam scenariusza, ani książki, aby streszczać Wam całą listę zdarzeń, acz jest ona niesamowicie wciągająca. Nie jeden przystanek ominęłam, zaczytawszy się w kolejne rozdziały. Cóż, ruch to zdrowia, spacer do domu zawsze mile widziany ;)




  Dan Brown poruszył istotny problem z serii społeczno-ekologicznych. Nasz umysł ma nieograniczone możliwości by czynić dobro, jednakże w swoich działaniach zmierzamy nieuchronnie do unicestwienia. Sami, na własne żądanie.
W krajach trzeciego świata ludzie nie są do końca uspołecznieni, nie wiedzą, a raczej boją się antykoncepcji, dzieci rodzą się w niemożliwym tempie, a my zamiast uświadamiać ich o zaistniałych problemach, wolimy przypatrywać się bezczynnie. Postępujący wyż demograficzny sprawia, że na ziemi zaczyna brakować miejsca dla nas samych. Tempo jest nieprzerwalnie destrukcyjne i pojawia się pytania: dlaczego mamy zabronić aborcji, dlaczego nie możemy od górnie zahamować ludzkiej płodności? Naukowiec z powieści Dana Browna nie zamierza jak inni bezczynnie przypatrywać się zbliżającej się klęsce. Uważa, że kiedyś ludzie radzili sobie z przeludnieniem w prosty sposób - były wojny, zagłady, a nawet i Dżuma, zwana potocznie Czarną Śmiercią. Naukowiec uważa się za geniusza iż wymyślił lekarstwo, "przepis na sukces", by uratować świat. Jego przekonania zawierają w sobie również pojęcie "nadludzi" - przetrwają tylko najbardziej tego warci, najsilniejsi, ponieważ tak jak podczas Czarnej Śmierci tak i nas czeka czystka.
Filozofia, którą stworzył pozwala mu się czuć jak "Nowy Bóg", ponieważ to on naprawi wszystko to, co w nas zepsute... "Nowy Bóg" oddał swoje życie w imię wyższych wartości, czy uda mu się dopełnić swego ostatniego życzenia i stworzyć nową Dżumę, czy główny bohater jest wstanie ocalić ludzkość?

  Książka zaskakiwała mnie z każdą chwilą, nie spodziewałam się takich zwrotów akcji, a przede wszystkim takiej finalizacji wątków. Gorąco polecam i sama zabieram się za poprzednie dzieła Browna. No, bo kto powiedział, że nie można zaczynać od końca? ;)


Miłego weekendu, Kochani!
Martyna.




czwartek, 20 lutego 2014

Jack Ryan czyli mężczyzna idealny

Ostatnio wybierając się do kina, miałam ogromny problem z wyborem filmu. Sporo kinowych nowości, zapowiadających się o dziwo dobrze. Wybrałam Jacka... ale nie Strong'a.

Jack Ryan- Teoria Chaosu. Tytuł sam w sobie zapowiada nam drobną dawkę filmu akcji oraz bohatera w prawdziwej odsłonie. Taki też okazał się ten film. 2h w kinie, zleciały jak 30min. Chris Pine w roli głównej, a u jego boku przepiękna Keira Knightley. O dobre aktorstwo zadbał nawet Kevin Costner. Główny bohater wciela się w żołnierza, wyjątkowo odważnego i oddanemu walce w obronie swojego kraju. Próbuje ochronić ludzkość przed czymś co nieuchronione. Momentami przerysowany, ale nie zdziwiło mnie to, skoro gatunkowo jest to thriller. Z racji, że ostatnio nie jestem fanką komedii romantycznych, a wolę filmy, w których coś się dzieje (nie wykluczając oczywiście wątków miłosnych) to ten film przypadł mi do gustu.Cieszę się, że ta produkcja mnie nie zaskoczyła bo wiedziałam, że będzie dobra, a raczej utwierdziła mnie w przekonaniu, że dobre filmy akcji jeszcze istnieją ;) Polecam, 4+/5.



Niebawem recenzja American Hustle+ Ani słowa więcej. Polecono mi również obejrzeniu filmu "Her'', oby był taki dobry, jak recenzje moich znajomych.
Zdaliście już sesję? Jeśli nie, to uszy do góry, mamy czas do Marca!
Mad.




sobota, 15 lutego 2014

Fotorelacja

Było już streszczenie, więc teraz czas na zdjęcia! Z wielką przykrością stwierdzam, że nie mamy ich aż tak dużo. Jako fanki uwieczniania wspaniałych chwil za pomocą jednego kliknięcia, wybrałam dla Was kilka ;)










Ze swej strony dodaję, że był to najlepszy koncert na jakim byłam, a było ich sporo+ piękna Warszawa nocą.  Więcej takich eventów! <3

Miłego sobotniego wieczoru, Mad.